Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód – Zachód. Robert M. Wegner

Dodaj komentarz

Nakładem wydawnictwa Powergraph ukazał się drugi tom z cyklu „Opowieści z meekhańskiego pogranicza”. Akcja przenosi się z prowincji północnych i południowych na wschód i zachód. Co nie znaczy, że opowiadania nie mają nic wspólnego z tymi z poprzedniego tomu. Podobieństwa istnieją i są one dobre. Może pisanie tego jest truizmem, jednak trzeba wspomnieć, że książka została podzielona na dwie części. Każda z nich jest jakby zamkniętą całością. Piszę „jakby”, ponieważ w tomie pierwszym również tak było, a jednak w opowiadaniach wschodnio – zachodnich spotykamy bohaterów starych opowieści.

Pierwsza część „Wschód. Strzała i wiatr” skupiona jest na losach meekhanki Kailean. Dziewczyna jednak nie haftuje, nie uczęszcza na bale ani nie pasie kóz. Jest wojowniczką, należy do wolnego czardanu kha–dara Szarego Wilka. Gdyby akcja działa się w realiach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej i była opisywana przez Jacka Komudę, byłaby to swawolna kompania. Istnieje w książce pewne podobieństwo do pierwszego tomu, gdzie bohaterami początkowych opowieści był oddział górskiej straży. Jednak mimo podobieństw jest inaczej. Widać inną perspektywę, inne są problemy i inna jest charakterystyka prowincji wschodnich. Opowiadania są ciekawe, różnorodne, nie sposób się nudzić i narzekać na monotonię. Są pościgi, krew leje się strumieniami, pojawiają się wzruszenia i problemy. Nie wydumane – w stylu czy można pokochać wampira i czy wilkołak ma pchły. Miłośnicy nadnaturali niech gdzie indziej szukają wampiro-demono-wilkołako-cholera wie jeszcze jakich wzruszeń. Tu nie uronią ani jednej nadnaturalnej łzy, koniec dygresji. Bardzo się ucieszyłem z pewnych nawiązań do pierwszego tomu, jakich, nie zdradzę bo recenzja to recenzja, a nie streszczenie. Autor świetnie poradził sobie z przedstawieniem świata prowincji wschodnich. Tego tygla różnych narodów. Wrażenie robi duża szczegółowość i realizm opisu zwyczajów ludów zamieszkujących świat imperium meekhańskiego, gdyż na stepie spotykają się kultury całego prawie cesarstwa.

W drugiej części „Zachód. Sztylet i Morze” dla odmiany przenosimy się do dużego portowego miasta. Co prawda imperium odeszło już z tych terenów jednak jego dziedzictwo nadal jest silne. Bohaterem jest młody złodziej – Altsin. Nie należy do żadnej z licznych gildii, jednak współpracuje z jedną z nich. Tutaj akcja jest rozciągnięta na kilka lat, gdyż młody Altsin w wyniku intrygi musi opuścić Ponkee-Laa. Wraca jednak po kilku latach, co ma brzemienne dla miasta i niego samego skutki. Także i w tej części pojawiają się znani już nam bohaterowie. Altsin to dobrze opisana postać, jest przekonywujący. Nie udaje mu się maskować swojego złodziejskiego wychowania gdy tego by potrzebował, zemsta nie jest jakimś naiwnym odruchem serca, tylko skutkiem urażenia jego ego. Chociaż oczywiście uczucia wdzięczności, lojalności także nim kierują. Z krwi i kości prawdziwy człowiek. Znajdziemy tu znane motywy: walka gildii, intryga w pałacu, trup w zaułku, jednak sposób w jaki opowiedział je Wegner przekonuje i nie jest zwykłym odgrzewaniem starych kotletów.

Bardzo lubię polską fantastykę za jej realizm w oddawaniu ludzi. Tu Wegner nie zawodzi, ludzie są ludźmi, mimo tego, że wielu z nich nie jest takimi sobie przeciętnymi homo sapiens. Autorowi udało się stworzyć na potrzebę każdej części dobrą galerię postaci drugoplanowych. Zauważam czasem, że autorzy gdy piszą jakiś cykl po pewnym czasie strasznie idą na skróty, używają słów kluczy, śpieszą się, tutaj na szczęście tego nie zauważyłem. W opowiadaniach pod płaszczem zwyczajnej, unormowanej i wziętej w karby rzeczywistości buzuje świat niezwykły, żeby nie powiedzieć niechciany. Występuje magia, są demony jednak jest to wszystko uporządkowane, a przynajmniej tak by chciał Meekhan. Magia jest podzielona na aspektowaną (czyli według autora zatwierdzoną i legalną), która jest dozwolona i  tą złą, chociaż jak to bywa w życiu – nic tak naprawdę nie jest czarno-białe. Na kartach opowiadań natykamy się na prawdziwe sprzeczności. Przedmiot służący zabijaniu niesie zdrowie, wrogowi trzeba pomóc albo go wręcz uratować. Czytając opowiadania nie można się nudzić. Zwłaszcza, że mniej lub bardziej oczywistych spoiw łączących pierwszy i drugi tom jest sporo. Sam mam wielką chęć raz jeszcze przeczytać Północ – Południe aby sobie kilka spraw przypomnieć. A przede wszystkim chciałbym już mieć możliwość przeczytania nowych opowiadań. Bo to, że będą to jest oczywista oczywistość.

Niesamowite odkrycie w Puszczy Bukowej

Dodaj komentarz

Podwójny topór, charakterystyczny symbol kultury minojskiej, zmiecionej przez wybuch wulkanu na Therze (Thirze)  i inwazje Achajów.  Co ciekawe wielu badaczy wiąże kulture minojską z atlantydą.

W poniedziałek 9-01-2012 roku, młody historyk amator, ciesząc się wielce zasłużonym jednodniowym płatnym urlopem wypoczynkowym wybrał się na spacer.  Spacer miał miejsce w okolicach jeziora Szmaragdowego, położonego w Puszczy Bukowej koło Szczecina. Początek spaceru nie zapowiadał niecodziennego  finału, ot standardowa spacer, trochę śniegu z deszczem, błoto i zadyszka przy wspinaniu się po śliskich schodach. Idąc dalej ( miejsce specjalnie nieujawnione z wiadomych względów ) natknął się na to ( patrz zdjęcie )

image

Paweł P. nie od razu zorientował się w powadze sytuacji. Ale już po chwili wiedział, że to na co patrzy to coś spektakularnego, odkrycie na miarę Troi. Świeży ślad kultury minojskiej w Szczecinie ! Konsekwencje tego odkrycia wciąż są badane. Ale odrazu narzucają się pytania

- skąd “minojczycy” w Szczecinie ? Czy uciekli przed najazdem Achajów i tu znaleźli schronienie ?

- czy to przypadek że plac Grunwaldzki wraz z aleją Jana Pawłą II i Marszałka Piłsudskiego tworzą  zwielokrotniony symbol rogów byka ?

Pewne ślady w polskiej kulturze wskazują na kontakty z kulturą minojską, np: stare porzekadło ”bogatemu i byk się ocieli”,”brać byka za rogi”.

Historyk amator, znając część pracowników lokalnego MOPR-u, zawsze wiedział że jeden z jego pracowników (ps.Stary ZBOWID-owiec) pochodzi z poprzedniej epoki, ale nie wiedział że aż z tak odległej.

Już niedługo kolejne odsłony tego niesamowitego i przełomowego odkrycia !

Jeśli ktoś zauważył kolejne ślady bytności starożytnych kreteńczyków w Szczecinie, proszę o kontakt.

Sfastyka w sklepie pełnym kultury ;-)

Dodaj komentarz

image

Frombork – część druga

Dodaj komentarz

Obiecana druga część zdjęć z Fromborka.

 

Zdjęcie kręconych schodów zostało wykonane w wieży Radziejowskiego ( mało nie wygrało konkursu portEL-u na zdjęcie miesiąca :) )

 

 

 

Okiem zewnętrznym : Frombork

2 komentarzy

Temat wpisu nawiązuje do stałego działu w dawno nieistniejącym czasopiśmie Magia i Miecz. Kto pamięta ? Bardzo lubiłem czytać ten felietony.  Chyba moim ulubionym był ten o dziwnych zwierzętach w tym i myszach które polują stadnie nawołując się jak wilki.

Dwa lata temu miałem przyjemność odwiedzić Frombork, miasto Kopernika. A przede wszystkim katedrę i ufortyfikowane wzgórze katedralne. Wycieczka była  udana. Pogoda dopisała, humor także. Bardzo miło mieć świadomość że gdzieś tam w polsce są takie perły architektury. Sam Frombork to nieduże miasteczko nad zalewem wiślanym. Warszawiacy i inni odwiedzający Krynice Morską mogą wybrać się tam na wycieczkę promem. A jest co oglądać. Po za Wzgórzem, jest Wieża Wodna w której można wypić dobrą kawę i zjeść coś smacznego, i to za niewygórowana cenę. Właściciel pozwala wejść na górę, skąd roztacza się piękny widok na na zalew, miasto i katedrę.

Kolejne atrakcje już wkrótce :-)

 

W następnym wpisie będzie druga część zdjęć, równie ciekawa.

Achtung ! Panzer !

1 komentarz

Mały fotograficzny Achtung ! Panzer ! Zdjęcia wykonane pare lat temu, na Helu w muzeum Lądowej Obrony Wybrzeża. W czasie tego miłego wypadu porobiłem sporo innych zdjęć, tak że niedługo i one trafią na bloga.

Jastarnia – miasto twierdza

1 komentarz

Nie tak wcale dawno temu miałem ogromną przyjemność odwiedzić Jastarnie, na półwyspie Helskim. Ja, jak to ja, nie mogłem cieszyć się tylko samymi pięknymi lasami, plażami i smacznym jedzonkiem. Już jadąc na miejsce wiedziałem że będę mógł zobaczyć  dzieło polskiej myśli fortyfikacyjnej, Ośrodek Oporu Jastarnia. Wycieczkę zrobiłem sobie rowerem, co jest jak najbardziej możliwe ( pierwszy raz na rowerze od wielu, wielu, lat ) nawet dla słabszych cyklistów.

Trochę informacji z Wikipedii

W związku z utworzeniem w 1936 Rejonu Umocnionego Hel, zaplanowano zabezpieczenie półwyspu od strony lądu. Wybór padł na okolice Jastarni. Na północ od Jastarni, w miejscu gdzie szerokość półwyspu osiąga ok. 450 metrów, postanowiono ulokować punkt oporu. Punkt miał się głównie opierać na schronach betonowych. Ze względu na pierwszeństwo prac związanych z umiejscowieniem baterii dział, prace rozpoczęto dopiero w 1939. 15 V 1939 rozpoczęto prace fortyfikacyjne. Zakończenie planowano na 15 XI 1939. Wybuch wojny zastał fortyfikacje gotowe do obrony, jednak nie były one w pełni wyposażone (przykładowo: brakowało części uzbrojenia, systemów wentylacyjnych). Prace wykończeniowe trwały przez cały czas Obrony Wybrzeża. W czasie jej trwania pozycja nie była atakowana.
Po zakończeniu kampanii wrześniowej obszar Ośrodka oporu Jastarnia był dalej utrzymywany przez Niemców w sprawności bojowej. Obiekty służyły jako schrony przeciwlotnicze, oraz jako posterunki obserwacyjne. Przygotowywane były również do obrony w 1945 roku. Przygotowania te polegały na uzupełnieniu ziemnych elementów obrony oraz rowów przeciwpancernych.
Po zakończeniu wojny schrony w dalszym ciągu były przewidywane w planach obronnych. Dopiero w końcu lat siedemdziesiątych zrezygnowano z tych planów. 15 VI 1999 roku decyzją Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków Ośrodek Oporu Jastarnia został uznany za zabytek. W 2000 roku fortyfikacje zostały przekazane w zarządzanie cywilne, co umożliwiło powstrzymanie ich dewastacji i przeprowadzenie prac konserwatorskich.

W skład Ośrodka Oporu Jastarnia wchodzą cztery główne schrony oraz schrony lekkie.
Saragossa[edytuj]
Ciężki schron bojowy, przeznaczony dla broni maszynowej. Grubość ścian zewnętrznych: 100-180 cm. Grubość pancerzy w ścianach 25-120 mm. Grubość kopuły pancernej 180 mm. Obiekt zapewniał ochronę przed uderzeniem pocisku o kalibrze 220 mm, przy jednokrotnym trafieniu w dane miejsce. Uzbrojenie schronu składało się z dwóch ckmów. Jeden był umieszczony w kopule pancernej, z możliwością prowadzenia ognia w sektorze czołowym 190°. Do prowadzenia ognia służyły trzy strzelnice. Zasięg umożliwiał wspieranie sąsiadujących schronów “Sabała” i “Sęp”. Drugi ckm był przeznaczony do prowadzenia ognia skośnego, wzdłuż drogi gruntowej. Dodatkowo obrona mogła być prowadzona przez cztery strzelnice służące do prowadzenia ognia rkm. Wejście do obiektu było bronione przez dwie strzelnice wewnętrzne. Wyposażenie obiektu zapewniało załodze minimum socjalne. W obiekcie, oprócz pomieszczeń bojowych, znajdowały się: kwatera załogi, magazyn, WC, maszynownia (generatory prądu, filtry powietrza), akumulatorownia. W celu ochrony przed bronią chemiczną w schronie utrzymywane było nadciśnienie.

Schron Saragossa

Ciężki schron bojowy, przeznaczony dla broni maszynowej. Obiekt został ulokowany na plaży. Wobec takiego położenia schron był bardzo trudny do zamaskowania. Aby zwiększyć odporność obiektu, zastosowano grubsze ściany niż w przypadku pozostałych obiektów. Grubość ścian zewnętrznych: 125-330 cm. Grubość pancerzy w ścianach 25 mm. Grubość kopuły pancernej 180-200 mm. Nie zmieniło to jednak klasy odporności i obiekt zapewniał ochronę przed uderzeniem pocisku o kalibrze 220 mm, przy jednokrotnym trafieniu w dane miejsce.
Uzbrojenie schronu składało się z dwóch ckmów. Jeden był umieszczony w kopule pancernej, z możliwością prowadzenia ognia w sektorze czołowym 190°. Do prowadzenia ognia służyły trzy strzelnice. Zasięg umożliwiał wspieranie sąsiadującego schronu “Saragossa”. Drugi ckm był przeznaczony do prowadzenia ognia skośnego, w kierunku morza. Planowano też obiekt wyposażyć w kopułę pancerną z armatą ppanc 37 mm. Do momentu wybuchu wojny kopuła nie została dostarczona na Hel. Obrona okrężna obiektu została zredukowana do minimum i składała się z dwóch strzelnic dla rkm (jeden w kopule pancernej) i zrzutni granatów ręcznych. Dodatkowo w obiekcie znajdowało się miejsce dla moździerza 81 mm. Jednak jego użycie było możliwe po ustawieniu go na zewnątrz obiektu. Wejście do obiektu było bronione przez dwie strzelnice wewnętrzne.
Wyposażenie techniczne jak w przypadku pozostałych obiektów.

Schron Sęp

Ciężki schron bojowy, przeznaczony dla broni maszynowej. Obiekt ten pełnił jednocześnie funkcję punktu dowodzenia pozycją. Schron został wyposażony analogicznie do “Saragossy”. Powiększono jednak uzbrojenie do 3 ckmów.

Sabała

Ciężki schron bojowy, przeznaczony dla broni maszynowej. Obiekt podobny do schronu “Sęp”. Schron “Sokół” umieszczony został nad zatoką Pucką i zabezpieczał pozycję od strony plaży.

Sokół

Lekkie schrony były przeznaczone dla pozycji drugiej linii Ośrodka Oporu Jastarnia. Grubość ścian zewnętrznych 40-120 cm. Konstrukcja była odporna na pojedyncze trafienie pociskiem kalibru 155 mm i wielokrotne trafienie pociskami o kalibrze do 105 mm. Uzbrojenie schronu składało się z jednego ckmu, strzelającego ogniem bocznym. W celu obrony wejścia do schronu, wykonano dwie strzelnice przeznaczone dla broni ręcznej. Schron składał się tylko z izby bojowej. Budowę schronów rozpoczęto w połowie sierpnia 1939 roku i planowano postawienie czterech obiektów. Do momentu rozpoczęcia wojny, został wybudowany tylko jeden. W przypadku pozostałych prace ograniczyły się do przygotowania fundamentów.

Od roku 2005 funkcjonuje tu Skansen Fortyfikacji II Rzeczypospolitej im. Kontradmirała Włodzimierza Steyera. Na podstawie projektu “Zagospodarowania dla celów turystycznych polskich fortyfikacji Ośrodka Oporu Jastarnia z 1939 r.” schrony zostały odrestaurowane i powstała ścieżka dydaktyczna. Odtworzono także przeszkody przeciwpancerne i przeciwpiechotne oraz fortyfikacje polowe (okopy). Schrony zostały zamknięte i tylko “Sęp”, położony na plaży morza pozostał otwarty, lecz wnętrze jest zasypane piaskiem. Przy każdym obiekcie skansenu znajduje się tablica informacyjna. Natomiast w schronie-muzeum “Sabała” została otwarta, czynna w okresie letnim, ekspozycja prezentująca wyposażenie i funkcjonowanie fortyfikacji II Rzeczyposplitej. Ekspozycja ta funkcjonuje w myśl zasady “historii żywej” – można dotykać eksponaty, a fotografowanie jest obowiązkowe.

1812. Marsz na Moskwę. Paul Britten Austin

Dodaj komentarz

Wyprawa Napoleona na Moskwę to epokowe wydarzenie. Zatem prawdziwym wyzwaniem jest godne jej opisanie. Autor poświęcił wiele lat swojego życia, aby mu sprostać. Czy osiągnął swój cel? Czy wielka historia została opowiedziana w wielki sposób?

Na rynku nie brakuje książek o drugiej wojnie polskiej – jak propaganda napoleońska nazywała wyprawę na Rosję. Jest świetne, choć stare opracowanie Mariana Kukiela, autora, m.in. fundamentalnych dla każdego polskiego historyka wojskowości Wojen napoleońskich. Jest bardzo dobra i w miarę niedawno wydana 1812 Wojna z Rosją Adama Zamoyskiego. Są też łatwo dostępne opracowania cząstkowe np. o bitwie pod Smoleńskiem, Borodino, Małojarosławcem, czy wydany niedawno przez wydawnictwo NapoleonV, Manewr Wileński Napoleona. Łatwo również natknąć się na wspomnienia hr. Filipa de Segur. Ta skrótowa bibliografia nie jest oczywiście wyczerpująca, ma na celu jedynie pokazać, że temat nie jest świeży ani odkrywczy. Dlaczego zatem, jeśli oczywiście w ogóle, należy zapoznać się z tą właśnie książką? Na to pytanie już wkrótce odpowiem.

P.B. Austin przyjął zupełnie inną koncepcję przedstawienia tego epokowego wydarzenia niż to zostało zrobione w wyżej wymienionych pracach. Jego dzieło jest w zasadzie zbiorem chronologicznie ułożonych fragmentów – wspomnień różnych uczestników. Bardzo trafnie oddaje to zamieszczony z tyłu książki cytat, Davida G. Chandlera, porównujący pracę autora do filmu, w którym Austin jest reżyserem zręcznie montującym film ze 100 kamer. Tutaj kamerami są wspomnienia setki uczestników wydarzeń. Pomysł sam w sobie oceniam jako świetny i bardzo trafiający w moje gusta. Tylko, co ważniejsze, jak wygląda jego realizacja?

Autor miesza wspomnienia swoich kamerzystów z własną narracją, która zdecydowanie ma charakter służebny. Jej zadanie sprowadza się w zasadzie tylko do sprawnego i sensownego łączenia okruchów wspomnień. Ale oczywiście także nakreśla szerszą panoramę ukazywanych wydarzeń. Zwłaszcza na początku epopei i w opisie jej genezy przeważa, ale i tam natkniemy się na kilka opinii ówczesnych.

Sam zakres książki rozpoczyna się od genezy wyprawy na Moskwę, ale bardzo skrótowej poprzez wspomnienia z Polski, przekroczenie rzeki Niemen poprzez manewr wileński, obóz nad Desną Witebsk, Smoleńsk i Borodino, po wkroczenia do Moskwy i chwili przed wielkim jej pożarem.

Świadkami są żołnierze wielu narodowości. Mamy Włochów, Francuzów, Niemców, Polaków – przedstawicieli prostych żołnierzy, podoficerów i oficerów, sztabowych i liniowych. Razem tworzą oni reprezentatywny wycinek Grande Armee.

Język XIX wieku trudno by było wtłoczyć w ramy tej książki. Także, jak przyznaje Austin, niestety musiała nastąpić ingerencja w zapis wspomnień setki współautorów, cytaty są w większości tak naprawdę parafrazami, dosyć jednolitymi językowo. Na pewno zyskuje na tym jasność przekazu, traci jednak bogactwo ujęć.

Jednak nie można powiedzieć, że książka jest płaska i jednolita. Różna ocena wydarzeń i wielość głosu temu w zupełności zapobiegają. Brawa dla autora za umiejętność budowy napięcia i oddanie dramatyzmu wydarzeń.

Mieszanina pewności zwycięstwa i przeczucia klęski porusza. Sposób na szacunkowe wyliczenia strat pod Borodino szokuje. Odczuwana przez będących w Moskwie atmosfera nieuchwytnego zagrożenia udziela się czytającemu. Trzeba też przyznać, że jeśli czytający podchodzi czasem do historii w sposób emocjonalny, to może bardzo mocno zdenerwować się różnymi absurdami, głupotami i zaniedbaniami, które celnie wytykają nasi donosiciele. Obserwując przebieg wyprawy łatwo uświadomić sobie przyczyny zwycięstw i klęsk w czasie jej trwania. Wiele faktów zadziwia.

Warto czytać przypisy autorskie, na pewno nie jest to takie łatwe pod względem technicznym biorąc pod uwagę duże gabaryty książki, ale naprawdę warto. Rozszerzają opis, przedstawiają tło, wiele wyjaśniają. Są także przypisy tłumaczy, którzy wskazują błędy autora, zwłaszcza popełnione względem Polski. Co niestety mu się zdarza, zwłaszcza widać ignorancję, niemal kompletną, w temacie historii Polski przed napoleońskiej. Brawa dla tłumaczy za chęci sprostowania błędów i ich realizację.

Marsz na Moskwę jest naprawdę gruby, 631 stron samej książki, 26 stron wstępów i uwag. Wszystko to zamknięte miękką okładką, zdobioną ładnym, choć trochę idealizującym rysunkiem Jarosława Wróbla. W środku znajdziemy także reprodukcje 34 ówczesnych zdjęć z wyprawy oraz szkiców. Trzeba przyznać, że całkiem udanych, choć w jednym przypadku reprodukcja jest mało wyraźna. Na samym końcu znajduje się diagram pokazujący zmieniającą się siłę Grande Armee wraz z pokonywanymi odległościami, a także zmieniającą się temperaturą. Do tego dochodzą dwie mapy Rosji z zaznaczonymi ważniejszymi miastami i szlakami, a także piękny, choć mały plan bitwy pod Borodino. Szkoda że nie ma Ordre de Bataille Wielkiej Armii, z naniesionym przyporządkowaniem poszczególnych świadków. Gdyby to połączyć z kilkoma mapami przedstawiającymi marsz, było by to bardzo ciekawe i przydatne narzędzie pomocnicze przy czytaniu tego rodzaju opracowania.

Podsumowując, mnie ta książka bardzo przypadła do gustu. Dowiedziałem się z niej bardzo wielu interesujących rzeczy i nie mam na myśli potyczki pod jakąś zapomnianą przez Boga i ludzi wioską. Najciekawsze było zobaczyć jak pracuje ta wielka machina. Skala i rozmiar tego przedsięwzięcia i kłopoty w jego realizacji, równe jego skali. A także obserwować Boga Wojny oczyma nie tylko zapatrzonych w niego, jak w słońce żołnierzy, ale też jego krytyków, a nawet te krytyczne uwagi przeważają w tej książce. Muszę przyznać, że czasem czułem się nieswojo czytając optymistyczne fragmenty mając doskonale świadomość, jak skończy się ta moskiewska awantura. Jeśli jeszcze jakiś napoleonista nie ma jej w swojej domowej biblioteczce, to powinien ten wielki błąd szybko naprawić.

Plusy minusy:
Na plus:
+ pomysł na książkę
+ umiejętność w tworzenia nastroju
+ reprezentatywność świadków (pod względem rodzajowym)
+ bogate przypisy
Na minus:
- drobne potknięcia edytorskie
- jedna reprodukcja szkicu mało czytelna

Książka otrzymana dzięki uprzejmości portalu: http://historia.org.pl

Braniewo

Dodaj komentarz

Raczej dosyć ponurego wiosennego dnia miałem okazje odwiedzić Braniewo. Małe miasteczko niedaleko Elbląga. Kilka informacji z wikipedii

Braniewo jest najstarszym miastem warmińskim, powstało ok. 1240 r. na miejscu dawnego staropruskiego grodu Brusebergue (wykształciło się wokół zamku krzyżackiego). Od około 1250 do 1340 Braniewo było siedzibą biskupów warmińskich, a do 1278 stolicą diecezji.

Pierwsza lokacja na prawie lubeckim miała miejsce w 1254 r., poniżej grodu, który powstał po 1240 r. W 1261 r. gród uległ całkowitemu zniszczeniu w wyniku II powstania pruskiego. W 1274 r. miasto Braunsberg (po polsku nazywane Brunsbergą) zostało wzniesione ponownie na nowym miejscu i 1 kwietnia1284 otrzymało z rąk biskupa Henryka Fleminga nową lokację na prawie lubeckim. Murowany zamek wzniesiono po 1273 r. Został on rozbudowany pod koniec XIII i w XIV w. Zamek ten został rozebrany w latach 1873-1874 oraz 1928-1930. W tym okresie był to ośrodek handlowy. Braniewo już od XIV w. było członkiem Hanzy oraz jedynym warmińskim portem morskim. Było też pierwszą siedzibą biskupów warmińskich i kapituły warmińskiej (stolicą) Warmii (w1370 r. przeniesiono do Ornety, a później do Lidzbarka).

Ze względu na szybki rozwój miasta, a być może w celu osłabienia rosnącego znaczenie mieszczan, w roku 1342 obok starej Brunsbergi biskup Herman z Pragi założył konkurencyjne Nowe Miasto. Położone było na przeciwnym brzegu Pasłęki). Nowe Miasto nie osiągnęło większego znaczenia, a w roku 1772zostało połączone administracyjnie ze starym miastem.

W latach 1466-1772 oba miasta znajdowały się w granicach Księstwa Warmińskiego, będącego częścią Prus Królewskich (od 1569 Polski). Przed rozbiorami miało tu swą siedzibę słynne jezuickieColegium Hosianum założone przez biskupa Stanisława Hozjusza w 1565, którego zadaniem miało być niesienie misji rekatolicyzacji w Skandynawii. W tym czasie Braniewo stało się ośrodkiem szkolnictwa i kultury. Pierwsze na ziemiach polskich kolegium jezuickie powstało w 1565 r., a następnie seminarium diecezjalne (1567). W 1578 r. jezuici uruchomili seminarium papieskie. W 1589powstała prywatna oficyna drukarska, która w 1697 wykupiona została przez jezuitów. Wielokrotnie (aż do 1738) podejmowano starania o utworzenie uniwersytetu (bezowocnie). Spadkobiercą tradycji Hosianum było Liceum Hosianum, działające w Braniewie w latach 1818-1944. W 1780 r. Collegium Hosianum po kasacie jezuitów, przekształcone przez władze pruskie w Gymnasium Academikum, a od 1818 r. w Liceum Hosianum, przemianowane w 1912 r. na Akademię Państwową.

Od XV w. w Braniewie rozwijało się złotnictwo. Do najlepszych artystów warmińskiego baroku należał rzeźbiarz Jan Frey (zm. ok. 1784) oraz malarz Jan Lossau (1712-po 1788). W czasach wojen szwedzkich miasto wielokrotnie niszczone i grabione z kosztowności, podupadło. W 1772 r. anektowane przez Prusy, zostało stolicą powiatu w prowincji Prusy Wschodnie (rejencja królewiecka) oraz siedzibą garnizonu. Burzliwie się rozwijało (szkolnictwo, stocznia, drobny przemysł i rzemiosło). Brunsberga i okolice pozostały katolicką wyspą w morzu pruskiego protestantyzmu.

Do końca XVIII w. znajdował się tu port handlowy. W 1852 r. to tutaj otwarto pierwszą w Prusach linię kolejową na odcinku Braniewo-Kwidzyn. W 1854 r. zbudowano w Braniewie synagogę, która istniała do 1938 r. W 1887 r. powstała Szkoła Rolnicza, pierwsza w Prusach Wschodnich.

W 1945 r. Braniewo było zniszczone (w 85%) i splądrowane przez Armię Radziecką. Po II wojnie światowej nazwę miasta zmieniono na słowiańską – Braniewo. Po wojnie nie odbudowano starego miasta. Nie odbudowano (chociaż było to możliwe) ratusza ani słynnego Kamiennego Domu. W latach 1975-99 miasto było siedzibą urzędu gminy w północno-wschodniej części województwa elbląskiego, od 1999 należy do Warmii i Mazur jako powiat ziemski.”

Autor artykułu widać uprzedzony do Armii Czerwonej ;-)

Wojna Polsko-Rosyjska 1919-1920 – Lech Wyszczelski

Dodaj komentarz

“Armia Czerwonego Sztandaru oraz armia drapieżnego Białego Orła stanęły naprzeciw siebie przed bojem na śmierć i życie.” Tak właśnie, jeśli się nie przywiązuje szczególnej wagi do epitetów można podsumować wojnę polsko-bolszewicką lub jak woli autor polsko-rosyjską. Jednak nie jest to jedyna wojna którą można znaleźć w tej książce.

Książka Wojna Polsko – Rosyjska Lecha Wyszczelskiego była przez wielu wyczekiwana, ja sam jak się dowiedziałem że trwają nad nią prace i będzie wydana na nią czekałem. Jest to dużego formatu opracowanie mało niestety znanego (poza hasłami często komunistycznej prominencji) konfliktu który ukształtował historie naszego regionu na długie lata, i do dziś ma wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Czy książka jest dobra? I czy warto wydać na nią wcale nie małe pieniądze? Postaram się przedstawić swój osąd w tej sprawie.

Układ książki jest dosyć jasny. We wstępie autor przedstawił założenia na których oparł swoje dzieło, przedstawił punkty widzenia na niektóre sprawy innych badaczy. Kolejne rozdziały zawierają opis wydarzeń w układzie chronologicznym. Autor zakończył prace na ratyfikacji traktatu ryskiego i na krótkiej charakterystyce polskich zabiegów uznanie granicy wschodniej.

Muszę przyznać, że czytając i recenzując książkę o wojnie sam trafiłem na front. Wojna toczy się między Lechem Wyszczelskim, a młodszymi autorami książek o wojnie polsko – bolszewickiej. Działania wojenne może nie są krwawe, ale zaciętości im nie brakuje. Jako miłośnik literatury Jaroslava Haska stanę obok i tylko skomentuję jaja które latają między okopami dwóch stron, sam rzucać nie będę. Osoba zainteresowana może znaleźć sporo amunicji w Internecie. Moja postawa nie wynika tylko z hołdu dla Szwejka, ale głównie, co przyznaję z poczucia braku kompetencji. Profesor Wyszczelski nie żałuje jednostek ognia wystrzeliwanych we wroga. Na szczęście dla czytelnika, który kupi tę książkę, żeby poszerzyć wiedzę o tej najważniejszej wojnie 20lecia międzywojennego, autor prezentuje poglądy z którymi się nie zgadza. Jednak, robi to zbyt skrótowo, zbyt agresywnie. Krzysztof Kęciek w swojej świetnej książce Hannibal potrafił bardzo ładnie opisać różne poglądy na dany problem, po czym podać swoje. Wszystko spokojnie, neutralnie, dając czytelnikowi miejsce na podjęcie decyzji co woli. Klasa światowa. Tutaj niestety jest inaczej, a szkoda bo w moich oczach sporo traci na tym ta bardzo ciekawa książka. Nie wiem jak to wygląda z drugiej strony, może tam też jad płynie rzeką, jednak czytałem tę właśnie książkę i z jej czytania dzielę się uwagami. Możliwe, że z ciekawości zajrzę do tych które szczególnie profesor potępia, żeby zobaczyć jak tam sprawa wygląda. Mówiąc krótko to na gorące spory i dyskusje miejsce jest na konferencjach i łamach prasy (swoją drogą szkoda, że rynek prasy historycznej w Polsce jest tak ubogi, są Mówią Wieki i gazety dla pasjonatów II wś, strasznie słabo), a nie w książkach, gdzie powinno się pisać bardziej neutralnie.

Po tym przydługim manifeście politycznie niezaangażowanego czytelnika chciałbym przedstawić co mnie urzekło w tej książce. Miejscami miałem wrażenie, że czytam książkę telefoniczną. Brzmi jak krytyka. ale nią nie jest. Czytając można oderwać się od kraju Nowaków i Kowalskich. Widać jak na dłoni jaka ta nasza Polska była różnorodna, piękna. Ludzie o niemiecko brzmiących nazwiskach, o nazwiskach litewskich, rosyjskich, ramie przy ramieniu z Malinowskim, Kowalskim i Dąbrowskim walczyli i ginęli o odrodzone Państwo Polskie. Przewracając kartkę za kartką czekałem aż znajdę swoje nazwisko. Myślę że na każdego to tak zadziała, bardzo popularyzatorski efekt. Drugim wielkim plusem pracy profesora Wyszczelskiego są cytaty. Autor nam ich nie szczędzi, gdzie może tam je wstawia. Ja akurat jestem wielkim miłośnikiem cytatów (chyba najbardziej cenionymi przeze mnie książkami w moim skromnym księgozbiorze są 2 tomy wspomnień oficerów polskich z wojen napoleońskich, także jak widać mam lekkie skrzywienie w tym kierunku). W cytatach widać heroizm, trud i znój tej walki. Niektóre działają na wyobraźnię. Inna sprawa, że czasem między licznymi nazwiskami i cytatami można się trochę pogubić w toku wykładu, ale nie jest z tym tak źle. Za to o pomstę do nieba wołają mapy. Ja wiem, w HB-kach można nie dawać map (publikować ich namiastki bądź nieudane imitacje) i tłumaczyć to wiarygodnie czy nie ,ekonomią, ale żeby takie opracowanie, i to jeszcze dotowane przez ministerstwo w ten sposób kastrować? To nie uchodzi. Świństwo i skandal pierwszej wody. Ale wydawnictwo Belona nie pierwszy i niestety za pewne nie ostatni raz tego typu świństwo robi czytelnikom. Książka którą mam jest klejona, w miękkiej oprawie. Klej póki co trzyma dobrze, jednak okładka, która sprawiała wrażenie solidnej dosyć mocno się sfatygowała. Fakt, że dużo podróżuję i test plecakowy był naprawdę trudny. Tym większe brawa za dobre sklejenie.

Opisywana w książce historia jest bardzo skomplikowana. W mojej ocenie autor dobrze wybrnął z pewnych, nazwijmy je politycznymi, pułapek. Wielkie brawa za odważną nonkonformistyczną ocenę wkładu ludności żydowskiej w wojnę na Kresach. Z drugiej strony stwierdzenie już na pierwszych stronach że trud ukraińskich i innych sojuszników był nieistotny jest w mojej ocenie nieprawdziwy i krzywdzący tym bardzie, iż uważam że Polska ma wielki niespłacony dług wobec nich.

Podsumowując – książkę polecam. Narosło wokół niej sporo kontrowersji. Wynika to z utarczek między badaczami wojny polsko-rosyjskiej, w których autor nie jest wcale stroną bierną. Wielkość dzieła też spowodowała trochę mniejszych błędów. Warto poczytać o samej książce na forach. W lekturze przeszkadzają drobne literówki, jednak osoba zaczynająca przygodę z tą częścią historii polski powinna ją mieć. Na pewno wywoła ochotę na więcej wiedzy i da dobre jej podstawy.

Na plus:

- cytaty, ilość i ich dobór

- dobrze się czyta

- przez treść i formę wielka lekcja patriotyzmu

Na minus:

- liczne literówki

- można się czasem pogubić w narracji

- błędy

- pranie brudów wojny między badaczami

P.S.

Warto przeczytać samą książkę jak i komentarze o niej.

Książka otrzymana dzięki uprzejmości portalu: http://historia.org.pl

Starsze wpisy

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.